Tajlandia – wyprawa do Azji szlakiem najlepszych hoteli

Tajlandia – bogactwo smaków i aromatów. Kraj nasycony kolorami i wyróżniający się bogatą kulturą. Piękne plaże otoczone skałami i widoki zapierające dech w piersiach. Miejsce, w którym każdy znajdzie coś dla siebie.

O czym myślisz, kiedy słyszysz słowo „Tajlandia”? Pierwsze, co przychodzi na myśl, to właśnie wspomniane wyżej rajskie plaże. Niektóre puste, tak jak Mai Khao Beach, gdzie możemy zaszyć się w cieniu palmy i chłonąć samotność. Inne – słynne, np. Railay Beach, na którą każdego dnia przypływają setki turystów, by choć pół dnia spędzić w bajkowym otoczeniu. Tłum nie ujmuje jej uroku, jest pięknem sama w sobie. Amatorzy wspinaczki poczują się tutaj jak w raju. Dla poszukujących absolutnej ciszy i odosobnienia zarezerwowane są mniejsze wyspy, takie jak Koh Yao Yai czy Koh Yao Noi, na które można dostać się np. z Phuket, a rejs szybką łodzią nie zajmie więcej niż 40 minut. 
Dla spragnionych natury i dziewiczych terenów przeznaczone jest Koh Jum – magiczne miejsce pozbawione luksusowych hoteli, w którym największą atrakcją może okazać się zakwaterowanie w bambusowych domkach. 
Koh Jum bardzo często jest celem samym w sobie dla osób podróżujących z plecakiem. 
O takich miejscach można by jeszcze długo opowiadać, ale jest ich zdecydowanie więcej…

Niedawno stamtąd wróciłam. Tajlandia po raz kolejny skradła moje serce i już myślę o powrocie, marzę i planuję. Dochodzę do wniosku, że trzy wizyty to zdecydowanie za mało, aby odkryć ten jakże zróżnicowany kraj. Podczas mojej podróży miałam okazję odwiedzić kilka hoteli z portfolio CARTER. Pomyślałam, że podzielę się z Państwem wrażeniami, a być może zainspiruję nawet do zaplanowania wyjazdu – już, teraz, natychmiast. A może późniejszą jesienią? Być może na okres świąteczno-noworoczny? Każda pora jest dobra, by odkrywać uroki Tajlandii. Ale przechodząc do sedna…

Moja podróż była intensywna, a mimo to niczego bym w niej nie zmieniła. A może tylko jedno – wydłużyłabym dobę do 72 godzin.

Początek podróży to niesprawiedliwie kojarzony z masową turystyką Phuket. W rzeczywistości wspomnianej turystyki można tam w ogóle nie doświadczyć. Kameralne hotele, piękne, dziewicze, czasem wręcz dzikie tereny – taka właśnie jest Phuket. Każdy znajdzie tam coś dla siebie. Jak w raju poczują się miłośnicy dobrej kuchni – można tu zjeść wyśmienite owoce morza i świeże ryby. Coś dla siebie w tutejszym menu znajdą też zwolennicy kuchni europejskiej, jednak przysmaki to dopiero początek tego, co Tajlandia ma do zaoferowania.

Świątynie, wodospady i piękne jaskinie to tylko namiastka tego, co czeka nas dalej. Dla pragnących przygody polecam Khao Sok National Park z pięknym jeziorem oraz ścieżkami trekkingowymi. Tak! Owszem! Tajlandia to nie tylko bajeczne plaże i błogie lenistwo.

Mój wyjazd zaczęłam w jednym z najbardziej luksusowych hoteli, Rosewood Phuket, który w każdym detalu spełnia wymagania nawet najbardziej wymagających osób. Jest to miejsce absolutnie dla każdego – wnętrza są tak urządzone, że przypadną do gustu zarówno miłośnikom stylu nowoczesnego, śródziemnomorskiego, shabby chic, jak i tym, którzy największe piękno dostrzegają w klasyce.

Początek życia wyspiarskiego zaczyna się od hotelu Six Senses Yao Noi. Nie będę ukrywać, że to jeden z moich ulubionych obiektów na świecie – panuje w nim swobodna atmosfera, a serwis jest na poziomie 6 gwiazdek. Hotel, który mocno wspiera lokalną ludność, jednocześnie edukuje ją w zakresie ekologii. Wodę podaje się w szklanych butelkach, a słomki wykonane są z bambusa. 

Widoki z głównego basenu zachwycają: można podziwiać okoliczne wysepki, delektując się wodą kokosową, smakującą niczym Raffaello. Jest też ogród ze świeżymi ziołami, farma kur, gdzie rano można wybrać się z koszykiem i zebrać świeże jajka. To jednak nie koniec! Sielskiego obrazka dopełniają kozy. Muszę jednak przyznać, że było to dla mnie niemałe zaskoczenie. Niemniej jest to ogromna zaleta, którą pod uwagę powinny wziąć osoby ceniące dania ekologiczne, przygotowywane ze świeżych składników. Jest to także niemała atrakcja dla najmłodszych.

fot. materiały hotelowe Six Senses Yao Noi

Kolejny hotel i kolejna wysepka to Santhiya na Koh Yao Yai. Cały obiekt wykonany jest z drewna, co decyduje o magicznym i niepowtarzalnym klimacie tego miejsca. Położenie na wzgórzu zapewnia bajeczne widoki, które dopełnia plaża z piaskiem miękkim jak mąka i łagodnym wejściem do lazurowej wody.

To idealne miejsce na kąpiele morskie i skorzystanie z niemotorowych sportów wodnych. Miejsce wydaje się znakomite na romantyczny wyjazd we dwoje, ale jest także świetną opcją dla rodzin. W okolicy hotelu znajduje się kilka bardzo lokalnych knajpek, gdybyście mieli Państwo ochotę posmakować tajskich smaków poza restauracjami hotelowymi.

Kolejna część naszej przygody to jedna z plaż znajdujących się w Top 10 w Tajlandii. Mowa oczywiście o Railay Beach. Tym razem naszym bohaterem jest hotel ukryty w gęstym ogrodzie Rayavadee, należący do Leading Hotels of the World. To bungalowy wtopione w ogród – ponad 120 gatunków palm i 250 rodzajów roślin. Jak ryba w wodzie poczują się tutaj miłośnicy kwiatów – na mapce hotelu zostały wyznaczone specjalne trasy z dokładnym opisem, gdzie znajduje się dana odmiana rośliny. Prawie jak w ogrodzie botanicznym.

fot. materiały hotelowe Rayavadee

Hotel otaczają trzy plaże, w tym najpopularniejsza Railay Beach, która przyciąga turystów z całego świata. W ciągu dnia bywa tam tłoczno, ale wieczorem można cieszyć się romantycznymi spacerami. To miejsce zachwyca widokami – otoczenie skał potęguje niesamowite wrażenie. Nawet najbardziej odporni na piękno poczują się tu urzeczeni okolicą. Całości dopełni kolacja w restauracji w skale, a po błogim odpoczynku i pysznym śniadaniu (serwują tu naprawdę znakomite śniadania, włącznie z kuchnią japońską) warto wybrać się na kajaki. Wystarczy odpłynąć kilka minut od brzegu, by dotrzeć do jaskiń i podziwiać Railay Beach z drugiej strony.

Teren hotelu jest duży, co staje się jego zaletą. W kilka minut przyjeżdża po nas buggy, do dyspozycji gości są także rowery. Na terenie hotelu znajduje się lokalny sklepik spożywczy, w którym można nabyć wszystkie najpotrzebniejsze artykuły. Jeśli ktoś miałby jednak życzenie wybrać się poza teren hotelowy – wystarczy krótka wycieczka rowerowa, aby znaleźć się w otoczeniu klimatycznych knajpek. Sama przetestowałam, jak najbardziej polecam.

Ale to nie koniec! Plażowania ciąg dalszy, bajecznych plaż jest tu przecież więcej. Kolejny hotel to Anantara Mai Khao, położony przy jednej z najpiękniejszych plaż, jakie miałam okazję widzieć w Tajlandii. Zadbane, przestronne wille z prywatnymi basenami, a całość otoczona pięknie zaprojektowanym ogrodem – tu czuje się prawdziwą Tajlandię. Typowo orientalny klimat, bez żadnej przesady. Wszystkiego jest w sam raz. Co najważniejsze, hotel dzieli od lotniska 20-minutowa podróż, a od zatłoczonego Phuket mamy ok. 30‒40 min drogi. Plaże wyjątkowo piękne, prawie puste, zachęcające do długich spacerów…

fot. materiały hotelowe Anantara Mai Khao

Kolejny punkt wyjazdu to północ i Chiang Rai (2h lotu z Phuket i 1h lotu z Bangkoku), gdzie wybrałam się, żeby sprawdzić hotel Anantara Golden Triangle, położony na granicy z Birmą oraz Kambodżą. I tu nadszedł czas na chwilę oddechu od luksusu – mówią, że co za dużo, to niezdrowo. A więc – ahoj, przygodo! Razem z moją towarzyszką podróży (siostrą cioteczną) zdecydowałyśmy się na pokonanie 80 km tuk-tukiem z centrum Chiang Rai. Kierowca chcący podjąć się brawurowego wyczynu był tak sympatyczny, że pomysł podróży taksówką wydał nam się po prostu nudny.

Największą atrakcją i celem samym w sobie w Anantara Golden Triangle jest spacer ze słoniami i możliwość podziwiania tych zwierząt z tarasu hotelu. To doświadczenie, które wywrze wrażenie zarówno na dzieciach, jak i dorosłych. Jako osoba, która nie tylko uwielbia tajską kuchnię, ale z równie dużym zamiłowaniem próbuje swoich talentów kulinarnych, nie mogłabym nie wspomnieć o lekcji gotowania, atrakcji jakże popularnej w Tajlandii. Dla amatorów odkrywania nowych smaków zakupy z szefem kuchni na lokalnym targu, który pobudza zmysły i kubki smakowe liczbą barw i aromatów (pisząc to właśnie znowu przeniosłam się w to miejsce), by później poznać tajniki oryginalnych przepisów, będzie ciekawym przeżyciem. Bo kto nie lubi zaskoczyć swoich gości nowymi daniami.

fot. materiały hotelowe Anantara Golden Triangle

Zwiedzamy dalej, północ Tajlandii daje wiele możliwości spędzania czasu. Jest rajem dla lubiących aktywny wypoczynek, ale zadowoli także tych, którzy chcą zobaczyć na przykład jedne z najpiękniejszych świątyń. Spędziłam tam trzy noce. O wiele za mało. Już wiem, że na pewno tam wrócę.

Przy okazji tej wizyty odwiedziłam niebieską świątynię – Blue Temple. Jej architektura i piękny szafirowy kolor stanowią przyjemne doznania wzrokowe. Poprosiłyśmy, by nasz taksówkarz zatrzymał się tam w drodze do miejscowości Chiang Rai, gdzie spędzałyśmy ostatnią noc. Odbywa się tam nocny targ, a ponieważ słyszałam o nim jako o miejscu pełnym lokalnego kolorytu, folkloru i nieskażonym turystyką masową, musiałam to sprawdzić. Warto! Wybór świeżych ryb, owoców morza i dań kuchni tajskiej jest tak ogromny, że nie sposób skosztować wszystkiego, na widok czego cieknie ślinka. Po powrocie do hotelu obowiązkowo skorzystałam po raz ostatni z tajskiego masażu, gdyby tylko ta doba zechciała się jednak rozciągnąć, z zabiegów korzystałabym dwa razy dziennie. Są naprawdę świetne! Tajowie nabywają tą umiejętność niemalże tak, jak uczymy się od dziecka czytać i pisać. A niskie ceny i dostępność salonów masażu dają możliwość zadbania o swoje ciało i relaks umysłowy.

Ostatnia doba, a tu jeszcze tyle miejsc, na które nie wystarczyło czasu. Celem kolejnej mojej wizyty będzie biała świątynia Wat Rong – najpopularniejsza na północy Tajlandii, oddalona od Chiang Rai ok. 15 km. Jeśli ktoś chciałby zobaczyć większą liczbę świątyń, bardzo proszę! Jest ich tu prawdopodobnie nieskończenie wiele, w samym Chiang Saen kilka. W okolicy znajduje się świątyni Złotego Buddy (Wat Phra Kaeo) czy też Wat Phratat Doi Tong. Ja jednak wolę przyrodę i wybiorę się na spacer po dżungli (krótki i dla każdego, bo ok. 1,5 km), by dojść do wodospadu Khun Korn Waterfall.

Ciekawa może okazać się wizyta w lokalnej wiosce Lahu Village, gdzie może spotkać słynne kobiety o długich szyjach. Naturalnie to miejsce ma już znamiona turystycznego, ale powód jest prosty: wzbudza ono zainteresowanie i przyciąga podróżujących.

Wioska Doi Mae Salong, do której zaprowadzi nas nieco kręta droga, położona jest w górach i zapewnia znakomite widoki oraz interesującą historię i chińską kulturę (wioskę założyli Chińczycy z prowincji Yunnan). Przy mojej pasji do poznawania nie tylko nowych miejsc, lecz także odkrywania nowych kuchni, możliwość spróbowania chińskich specjałów będzie dodatkowym atutem. A może i tam jakaś lekcja gotowania? Z Phra Boromathat Chedi roztacza się piękna panorama plantacji herbaty. Może akurat uda mi się trafić na Festiwal Herbaty czy Festiwal Kwitnących Wiśni (Sakura).

A może by tak połączyć następnym razem północ Tajlandii z Birmą, Laosem i ponoć jednym z piękniejszych miasteczek w Azji, Luang Prabang? Mimo ogromnych chęci, tego już nie udało się wcisnąć w plan podróży.

Ja zabieram się za planowanie kolejnej podróży, a Państwa zachęcam do osobistej weryfikacji moich rekomendacji.

Autor: Paulina Kurlandzka

Może zainteresuje Cię również: