Search
Close this search box.

Kostaryka – męska przygoda, czyli ojciec i syn na krańcu świata

Kostaryka od dawna chodziła mi po głowie, podobnie jak chęć przeżycia męskiej przygody. Jak każdy chyba ojciec, od dawna marzyłem, by wyruszyć z synem w fascynującą podróż sam na sam i przeżyć coś, co moglibyśmy dzielić tylko we dwoje. Myśl ta nie dawała mi spokoju, a że nadarzyła się okazja, postanowiłem zrealizować swój pomysł.

Podróż

Z Poznania, w którym Maksymilian studiował, łatwo dotrzeć do Berlina, więc wygodnym pociągiem dojechaliśmy do stolicy Niemiec. Mieliśmy wystarczającą ilość czasu, by porozmawiać, na czym bardzo mi zależało.

Po sympatycznym wieczorze w centrum Berlina oraz spędzonej tam nocy, z samego rana udaliśmy się na lotnisko. Czekał nas lot liniami Iberia do Madrytu, następnie szybka przesiadka i kolejny etap podróży, już do lotniska docelowego. Lot z Madrytu trwał 11 godzin. Zajęliśmy miejsca w klasie ekonomicznej i choć obaj jesteśmy rosłymi mężczyznami, mieliśmy wystarczającą ilość miejsca. Obsługa na pokładzie była bardzo miła, zapewniono dobry system rozrywki i dość bogatą ofertę filmów. Jak zawsze obejrzałem The Best Exotic Marigold Hotel. Gorąco polecam ten film!

Nie nudziliśmy się w swoim towarzystwie, a ponadto znalazł się też czas na drzemkę, więc lot minął szybciej, niż się spodziewaliśmy.

wyprawa na kostarykę

Kostaryka – pierwsze wrażenie

W dość dobrej kondycji i wyśmienitym nastroju dotarliśmy do San José, stolicy Kostaryki. Zatrzymaliśmy się na 2 noce w Costa Rica Marriott San Jose, bardzo przyjemnym hotelu z ładnym ogrodem i sporym basenem. Można tam miło spędzić czas.

Miasto specjalnie nas nie oczarowało, ale warto je zwiedzić z przewodnikiem, by poczuć klimat. San José posiada kilka architektonicznych perełek i ciekawą historię, jednakże niczym szczególnym się nie wyróżnia. W dalszą drogę udaliśmy się nie byle jak, bo wypożyczonymi w BMW San José motocyklami serii GS. Ogromna frajda! Do tego mieliśmy świetnych przewodników, dzięki którym obejrzeliśmy nie tylko wspaniałe miejsca widokowe, lecz również wulkany.

Pod koniec dnia dotarliśmy do punktu, z którego przewieziono nas samochodem 4×4 do Pacuare Lodge. Okoliczności podróży były niezwykłe, a wręcz nieprawdopodobne. Zaczęło się niczym z filmu Tarantino – skrzyżowanie pustych dróg z przydrożnym barem, w którym siedzi kilku lokalnych macho, popijając ciepłe piwo wątpliwej jakości. Spoglądali na nas badawczo. Oczywiście nic strasznego się nie wydarzyło, po prostu poczuliśmy lokalny klimat.

Czekający na nas kierowca, Hosé, uśmiechał się radośnie, ujawniając braki w uzębieniu. Był miły, ale mówił jedynie po hiszpańsku. Choć to jego język ojczysty, i tę sztukę posiadł w bardzo ograniczonym stopniu. Wsiedliśmy ochoczo do pick-upa marki Toyota i udaliśmy się w ekstremalną jazdę terenową, która trwała ok. 30 minut. Gdy dojechaliśmy do rzeki, okazało się, że to nie koniec podróży. Zostaliśmy przeciągnięci nad jej spienionym nurtem w dość prymitywnej gondoli. Miejsca w niej nie było zbyt wiele, więc mogliśmy zabrać tylko mały bagaż. Naszymi walizkami zaopiekował się agent, który dostarczył je nam kilka godzin później.

kostaryka

Pacuare Lodge

Pacuare Lodge to niezwykle luksusowe miejsce. Goście kwaterowani są w przestronnych i bardzo zadbanych drewnianych domkach z dużymi tarasami z hamakiem, z wielkimi i wygodnymi łóżkami z baldachimem oraz dużymi łazienkami w stylu safari z wewnętrznymi i zewnętrznymi prysznicami. Co warte uwagi, domki nie mają prądu, więc źródłem światła jest kilka świeczek. Okna bardzo dużych rozmiarów nie posiadają szyb, a jedynie moskitiery, dzięki czemu ma się uczucie bycia pośrodku dżungli. Słychać naturę, która żyje i jest bardzo głośna. Żaby, ptaki, wszędobylskie jaszczurki, wydobywające groźne odgłosy małpy kongo… Jak to fantastycznie ujął Axl Rose: Welcome to the Jungle! Spałem tam niczym niemowlę.

kostaryka

W Pacuare godna wyróżnienia jest kuchnia, którą można by nazwać Jungle Gourmet. Do tego w lodgy posiadają wybór niezłych win. Ponadto piękne widoki, bliskość natury, przemiły i kompetentny team, wybór aktywności oraz autentyczność – to wielkie atuty tego miejsca.

Spędziliśmy tam niezapomniane 3 dni. Chodziliśmy po linach pod wodospadami (najwyższy miał 30 m!), przypięci do stalowych lin szybowaliśmy między konarami drzew niczym Batman lub Superman i sporo wędrowaliśmy po dżungli. Piękny czas, totalny wypoczynek i zjednoczenie z naturą! W Pacuare było wyjątkowo – autentyczna przygoda, ale z nutką luksusu. Można, nie rezygnując z wygód, powrócić do źródeł, a przynajmniej ma się takie wrażenie. Wspaniale, że są jeszcze takie miejsca.

kostaryka

Zderzenie z kostarykańską rzeczywistością

Wymeldowanie i powrót do cywilizacji. Tylko jak? Rwącą rzeką. Czekał nas 4-godzinny rafting z przerwą na piknik w uroczym miejscu. Kolejne wyzwanie podjęte ochoczo. Powoli, acz nieuchronnie, zbliżaliśmy się do cywilizacji. Maks w pewnym momencie zapytał:

Czy czujesz ten smród spalin?

Faktycznie, w pobliżu przebiegała ruchliwa droga. Przez te 3 dni nasze nozdrza i płuca odzwyczaiły się od tego uczucia. Oddychaliśmy bowiem całkowicie świeżym, nieskażonym powietrzem. Takie zderzenie z cywilizacją daje do myślenia…

Nasz rafting zakończył się w miejscowości Siquirres. Dotarliśmy do bazy i wzięliśmy prysznic. Panowie z autem, które wcześniej wypożyczyliśmy, już czekali. Toyota Land Cruiser to idealny wybór na tamte drogi! Z naładowanymi pozytywną energią akumulatorami oraz uzbrojeni w dobry GPS, udaliśmy się w drogę do Areal. Mieliśmy do pokonania ok. 200 km, co niestety zajęło nam niemal 5 godzin. Na drogach w Kostaryce panuje chaos i są spore korki, natomiast jakość nawierzchni pozostawia miejscami wiele do życzenia.

Po dość płynnym pokonaniu pierwszej części drogi musieliśmy się zatrzymać. Korek. Ludzie tutaj są niecierpliwi, a droga wąska, z rowami po obu stronach. Mimo to zaczęło się wyprzedzanie. Nagle okazało się, że na drodze z dwoma pasami zmieści się wielka amerykańska ciężarówka, dwa pick-upy, auto terenowe i 4 motocykle, wszystkie poruszające się w jedną stronę. Jak łatwo się domyślić, kierowcy z naprzeciwka również ruszyli. Sytuacja patowa. Na szczęście tutejszy temperament nie przejawia się w ostrzejszej formie i w końcu ktoś ustąpił. Dalej szło już gładko.

Odrobina relaksu

Dojechaliśmy do Tabacon ok. 20:00. Noc mieliśmy spędzić w hotelu Nayara Springs, gdzie, jak się okazało, było po prostu bajkowo! Przemiła obsługa, świetna atmosfera i piękne ogrody. Już podstawowe pokoje robiły wrażenie, nie mówiąc o suitach z basenami! Do tego wyjątkowy Wine Club, z którego nie chciało się wychodzić. Maksowi szczególnie spodobało się w sushi barze, więc tam zamówiliśmy po rolce. Były naprawdę wyśmienite! Następnie udaliśmy się do kolejnej restauracji na główny posiłek, również bardzo smaczny. Syci i szczęśliwi, po prysznicu usnęliśmy niczym małe dzieci. To był bardzo ciekawy dzień, zakończony w niezwykłym miejscu.

Ostatnie dni spędzone w dżungli delikatnie dały się nam we znaki, więc po obfitym śniadaniu postanowiliśmy się zrelaksować. Chociaż Nayara oferuje bardzo ładne i dobrze wyposażone centrum SPA, ja wiedziałem, że w okolicy jest coś jeszcze lepszego. Pojechaliśmy do odległego o zaledwie 3 minuty samochodem hotelu Tabacon. Tamtejsze SPA, godne najlepszych hoteli świata, znajduje się na wolnym powietrzu, w bujnym, pachnącym ogrodzie o ogromnej przestrzeni. Jest w nim wyjątkowy park wodny z gorącymi źródełkami, dla każdego i w każdym wieku. Park przecinają także minirzeczki z kaskadami. Nie mogłem uwierzyć, że to prawdziwa rzeka, sztucznie porozdzielana na odnogi, szczególnie że woda ma temperaturę 40–44 st. C!

Półwysep Papagayo

Z deszczowego Tabacon udaliśmy się w kierunku półwyspu Papagayo. Droga wynajętym autem zajęła nam ok. 5h. GPS sprawował się dobrze, więc nie było mowy o zgubieniu się. Ogromny ruch i ciągłe korki potrafią jednak zmęczyć.

W odległości ok. 1h jazdy od Arenal odwiedziliśmy nie lada atrakcję, jaką są wiszące mosty nad lasem deszczowym w Parku Mistico. Dla chętnych wyznaczono 5 różnych tras z najdłuższą, na której przebycie potrzeba ok. 2h. Wybraliśmy oczywiście tę najdłuższą i, dzięki naszemu przewodnikowi, mimo ulewnego deszczu, było to bardzo ciekawe doświadczenie.

Papagayo to sprywatyzowany półwysep z luksusowymi willami, polem golfowym oraz dwoma świetnymi hotelami. Warto podkreślić, że w tym miejscu zmieniliśmy strefę klimatyczną. Z deszczowej przez większość roku części centralnej przejechaliśmy do części suchej, gdzie opady nie są zbyt duże i występują głównie od maja do sierpnia. W dodatku nie są całodniowe, lecz raczej nagłe i krótkotrwałe. W okresie, w którym byliśmy, wieczorem temperatura spadała do ok. 30 st. C, w ciągu dnia z kolei przekraczała tę granicę.

Hotele, o których wspomniałem, to Hyatt Andaz 5*, w którym spędziliśmy 1 noc, oraz Four Seasons 5*LUX, w którym mieliśmy okazję pozostać na 2 noce. Do Papagayo najbliżej jest z międzynarodowego lotniska w Liberii, zaledwie ok. 30 minut.

kostaryka

Hyatt Andaz

Lobby w hotelu Andaz na wjeździe robi wzbudza ogromne emocje! Dotarliśmy tam po zmroku, co w połączeniu z iluminacją świetlną daje spektakularne wrażenie wkroczenia w inny świat. Obsługa hotelu jest radosna i zawsze stara się pamiętać o indywidualnych upodobaniach klientów.

Hotel leży bezpośrednio przy morzu, więc na piękną plażę można dojechać w zaledwie 5 minut hotelowym samochodem. Plaża jest kameralna, piaszczysta i porośnięta niewielkimi drzewami, więc nieco niczym nad jeziorem. Nie brak tam też zbawiennego cienia. Atutem Andaz są także 3 fantastyczne baseny, z których rozpościerają się piękne widoki, ponadto dobra kuchnia oraz luksusowe pokoje i suity, wszystkie z oknami wychodzącymi na ocean. Atrakcyjne SPA ma prywatną strefę dla dorosłych z fantastycznym basenem i widokiem na ocean. Co więcej, w pobliżu znajduje się 18-dołkowe pole golfowe. Hotel ma też bardzo przyjemny bar z widokiem na morze oraz muzyką live. Zdecydowanie luksusowy, ale na luzie. Warto wspomnieć, że jest też nieco tańszy niż sąsiedni Four Seasons.

kostaryka

Four Seasons Resort Costa Rica

Po mile spędzonej dobie w uroczym Andaz udaliśmy się do hotelu Four Seasons (ok. 10 minut jazdy samochodem). Usytuowany jest na końcu półwyspu, który w najwęższym miejscu ma może 200 m. Z obu stron hotelu rozciągają się bardzo ładne plaże. Na położonej po wietrznej stronie są doskonałe warunki do uprawiania sportów wodnych. Druga plaża jest bezwietrzna, spokojna, z bardzo łagodnym zejściem do ciepłego oceanu. Od hotelu oddzielona jest strefą zieleni szerokości może 10 m, na której rosną drzewa dające kojący cień. Harcują po nich wesołe małpki, ale trzeba na nie uważać, bo potrafią zaglądać do torebek.

Hotel posiada 3 restauracje oraz bar. W trzech, trzypiętrowych budynkach znajdują się pokoje jednego standardu, z dużymi balkonami. Można zatrzymać się także w jednej z przepięknych willi z 1, 2 lub 3 sypialniami, z każdej z nich podziwiając spektakularne widoki. Przy hotelu znajduje się wspomniane już wcześniej 18-dołkowe pole golfowe.

kostaryka

El Silencio Lodge&Spa

Po opuszczeniu Four Seasons udaliśmy się w drogę powrotną do strefy deszczowej, na ostatni etap podróży. Noc przed wylotem zaplanowaliśmy spędzić w lesie deszczowym, w wyjątkowej, malowniczo położonej przy rzece El Silencio Lodge&Spa. Dla gości przygotowano tam komfortowe i gustownie urządzone apartamenty w wolno stojących domkach. Łazienki wyposażono dodatkowo w jacuzzi, usytuowane na zewnętrznym tarasiku oraz prysznice wewnątrz i na zewnątrz.

Bardzo dba się tam o jakość wyżywienia. Jest tam duży ogród warzywny i 4 małe stawiki, w których pływają pstrągi. Krystalicznie czysta woda ma wpływ na jakość mięsa. Tak pysznego pstrąga nie jadłem jeszcze nigdy! Prócz tego hoduje się „happy chickens”, których celem życiowym jest gdakanie i znoszenie jajek. Na terenie nieruchomości znajdziemy też bardzo ładne SPA.

Ciekawostka: to pierwszy hotel w Ameryce centralnej należący do prestiżowej sieci Relais & Chateaux.

kostaryka

Kostaryka – podsumowanie

Po fantastycznej, lecz niestety tylko jednej nocy udaliśmy się na lotnisko w San José. Przejazd zajął nam nieco ponad 1h. I tak właśnie zakończyła się nasza kostarykańska przygoda. Wróciliśmy z niej szczęśliwi, bogatsi o nowe wrażenia i doświadczenia. Zobaczyliśmy niesamowite, przepiękne miejsca w tak dalekim, a jednocześnie bliskim kraju, miejscu stworzonym do turystyki. Kostaryka zrobiła na nas ogromne wrażenie.

Ważniejsze jest jednak to, że ten wspólnie spędzony czas jeszcze bardziej nas do siebie zbliżył. Nie muszę się domyślać, jak odpowie mój syn na pytanie, kto jest jego najlepszym przyjacielem. On też wie, że jest moim. Wyjazd ten zostanie w naszej pamięci na zawsze, jako wspólna, męska przygoda. A już planujemy kolejną!

Autor: Marek Mazur